#289. Aktualizacja włosowa - kwiecień!

           Kolejny post podsumowujący miesiąc walki o długość włosów ;-) Tym razem nie skupiałam się na konkretnych produktach - głównie używałam balsamu prowansalskiego Planeta Organica oraz drożdżową maskę BingoSpa na skalp, poza tym szampon i balsam Aleppo również Planeta Organica, szampon Joanny do włosów przetłuszczających się, a także maseczkę z Avonu, odżywkę do włosów kręconych Isany, odżywkę Lee Stafford... 

           Jednak najważniejsze w tym poście są postępy i długość... ;-)



             Uważam że postęp jest, włosy urosły około 2-2,5 cm, jednak zauważyłam przesuszone włosy przy buzi, oraz suche końce. Na minus również zauważyłam, że produkty Planeta Organica spowodowały na skalpie przesuszenie i łupież. Mam nadzieję że drożdżowa maseczka babci Agafii szybko załagodzi ten problem, właśnie od dziś znów gości u mnie w łazience :) 


             Podsumowując ten miesiąc - nie jestem do końca zadowolona, teraz stawiam sobie cel - uspokoić skórę głowy oraz zadbać o odpowiednie nawilżenie włosów. :) 
             A jak Wasze włosy w tym miesiącu? ;-)



             Pozdrawiam :*

#288. Satynowy dotyk od Ingrid Cosmetics :)

            Ostatnimi czasy męczyłam Was recenzjami kosmetyków stosunkowo droższych, czas więc na coś tańszego i bardziej przystępnego. A mowa o różu do policzków Satin Touch od Ingrid Cosmetics (Verona). :) 




           Produkt otrzymujemy w solidnym opakowaniu, z przezroczystą ,,klapką'' przez którą widać kolor różu i pięknie tłoczoną różę, która niestety podczas używania znika, tak jak w moim wypadku. :( 


źródło


           Róż, który chciałam Wam przedstawić oznaczony jest numerkiem 12. Muszę przyznać, że jest to ciekawa opcja kolorystyczna, do której przez długi czas nie miałam przekonania, bo przecież róż musi być różowy, a to nie przypomina klasycznego różu do policzków! Dużo w nim ciepłych (tak mi się wydaje, poprawcie jeśli się mylę! :D) brzoskwiniowych tonów, które początkowo pasowały mi raczej do bronzerów. Szczególnie wybijają się one na zdjęciach nadając temu kosmetykowi zbyt intensywnej pomarańczowej barwy.




          Muszę przyznać, że produkt jest bezproblemowy przy aplikacji - stosowałam do niego parę różnych pędzelków, a za każdym razem efekt na buzi był bardzo zadowalający. Wystarczy przejechać pędzlem po powierzchni, nanosimy do na twarz i... gotowe! Kolor na buzi można stopniować, a nadmiar kosmetyku ,,złagodzić'' pudrem. 
          Obecnie rewelacyjnie współpracuje z pędzelkiem La Rosa :) 




          Jednak najważniejsze są efekty na buzi! :) Przyznam szczerze że pozostawię ten produkt do recenzji a zaraz po niej pójdzie w odstawkę. Okazało się, że obecnie nie umiem sobie wyobrazić codziennego makijażu bez tego różu! :) Nadaje się idealnie na wyjście na uczelnię, do pracy, czy na wyjście ze znajomymi. Nie sprawia także problemu przy wykonywaniu makijażu na szybko, bo: 
a) zaraz ucieknie mi autobus,
b) zaraz się spóźnię,
c) inne wypadki. :D

           Delikatnie zaznacza kości policzkowe, dzięki kolorowi, który nie odznacza się od skóry nadzwyczaj mocno. Możemy wykonać makijaż bez obaw, że wyjdziemy z domu z policzkami klowna :)
           Co do trwałości - ściera się po paru godzinach, jednak szybka poprawka załatwia sprawę. Około 5-6 godzin trwałości jest to dla mnie zadowalający efekt. :) Warto też zaznaczyć że róż ten jest bardzo wydajny, nie osypuje się i nie kruszy, co jest zaskakujące tym bardziej że dostaniemy go w cenie około 7-8 zł.


          Niestety miałam olbrzymi problem ze zrobieniem zdjęć tego kosmetyku w akcji, dlatego post pojawia się dopiero dzisiaj. Były chyba ze 4 podejścia do uchwycenia go na buzi! Dzisiaj się udało, chociaż i tak oczekiwałam o wiele lepszych zdjęć. :)





             Uważam, że za cenę około 7 zł warto kupić ten produkt. Szczególnie polecam kolor z numerkiem 12, który daje niezwykle naturalny i delikatny kolor na twarzy! Myślę, że będzie wręcz idealny dla osób, które dopiero zaczynają swoją przygodę z makijażem :)




             Znacie te róże? Może macie je w swoich kosmetyczkach? A może jeszcze się zastanawiacie? ;-) 




           Serdecznie pozdrawiam! :*

#287. Sparkling Garbage :)

              W ten ponury dzień chciałabym pokazać Wam jeden z piękniejszych lakierów, jakie miałam przyjemność używać :) 

              Tym cudeńkiem jest oczywiście lakier Orly Sparkling Garbage. Buteleczka o pojemności 18 ml zawiera dość niepozorne drobinki w lekko zielonej bazie. W pełnym słońcu lub w sztucznym świetle pokazują one swoją holo-moc! 
             Nie ma co nakładać lakieru solo, konieczna jest kolorowa baza. 




             W moim przypadku Sparkling Garbage wylądował na jednej z ulubionych mięt - China Glaze, For Audrey. Dwie warstwy dają już naprawdę rewelacyjny efekt rozproszonego holo. Z czystej ciekawości na kciuka oraz palec serdeczny położyłam 3 warstwy, jednak większej różnicy nie odnotowałam. :)
             Nie mogę się przyczepić do pędzelka, aplikacji lakieru, czy trwałości. Zazwyczaj zmywam lakiery dość szybko :) Czas wysychania jest krótki, a jedna warstwa top coatu w zupełności wystarcza, przy okazji nie tłumiąc efektu holograficznego. 

              Zmywanie należy raczej do tych bezproblemowych - nie schodzi jak krem, ale też nie trzeba się namęczyć jak w przypadku zmywania typowych brokatów :)









            Żałuję że nie miałam możliwości sfotografować lakieru w słońcu, ale uwierzcie - jest rewelacyjny! ♥ Jestem nim totalnie oczarowana, a zarazem mega zaciekawiona jak będzie wyglądał na innej, ciemniejszej bazie :) 



            Jak Wam się podoba lakier? Lubicie takie kolory albo efekt końcowy na łapkach? ;-) Chcecie może zobaczyć jak Sparkling Garbage będzie spisywał się na innych bazach? :) 



            Buziaki! :)