#252. Włosy w grudniu :)

         Dziś przychodzę do Was prawdopodobnie z ostatnim postem w tym roku! Dlatego już na samym początku chcę Wam życzyć szampańskiej zabawy sylwestrowej, i wszystkiego co najlepsze w Nowym Roku! :*



         A teraz czas na małe podsumowanie mojego dwumiesięcznego zapuszczania włosów z olejkiem Sesa. :) Jego pełną recenzję umieszczę już w roku 2014 :D

         Do końca byłam przekonana, że w ostatnim miesiącu moje włosy nie urosły nawet 1 cm. 
        Ciągle się podwijają, wywijają i totalnie nie widać ich przyrostu. Wydaje się, jakby od sierpnia urosły naprawdę niewiele. Dla przypomnienia moje włosy po cięciu w sierpniu wyglądały tak:


  
         Podwijanie się włosów gwarantuje mi niezmienne wrażenie, że wyglądają one ciągle jak na zdjęciu z października:



          Natomiast obecnie wygląda to tak:


            


         W ostatnim miesiącu przybyło mi około 2,5 cm włosów. Większych zniszczeń, niż poprzednio nie odnotowałam, za to czuć i widać, że końcówki wołają o nawilżenie i na tym, poza zapuszczaniem, chcę się skupić w styczniu ;-) 
         Od teraz do akcji wkraczają głównie rosyjskie kosmetyki, a w walce z długością włosów planuję zadziałać maseczką drożdżową Babci Agafii :) 



         Cieszę się, że moje włosy w końcu ruszyły, rosną (odpukać w niemalowane!) bardzo ładnie, mam nadzieję, że przy rosyjskich kosmetykach do pielęgnacji włosów i skóry głowy zwalczę w końcu wypadanie. 




        A jak trzymają się Wasze włosy w okresie zimowym? Na czym obecnie się skupiacie? :) 




        Serdecznie pozdrawiam, do usłyszenia w Nowym Roku! :*

#251. Czysta radość! :)

        Hej! :* Jak minęły Wam święta? Ja po raz pierwszy tak niecierpliwie czekałam na ten czas i jestem bardzo zadowolona z minionych dni :) A skoro wciąż panuje (przynajmniej u mnie) świąteczny klimat przychodzę z paznokciami, które ostatnio nosiłam. 
        Oczywiście królowała zieleń i czerwień. W obu wersjach wykorzystałam lakiery China Glaze. :)

        Na początek mani, które wykonane zostało na drugi dzień świąt :) To czysta radość, a dokładniej lakier Pure Joy - jest to bezbarwna baza, w której zatopione są czerwone i złote drobinki. 



       Przyznam szczerze, że bałam się tego lakieru, ponieważ w czerwieniach nie czuję się zbyt dobrze. Jednak to cudo odmieniło moje przekonania! Mani zachwyca na każdym kroku, a złote drobinki dodają mu niepowtarzalnego uroku. ;) Jako bazę użyłam czerwieni od Miss Sporty







         Aby uzyskać efekt taki, jak na palcu serdecznym musiałam nałożyć 3 warstwy brokatu. Pozostałe paznokcie pomalowałam rozprowadzając na płytce Pure Joy gąbeczką do makijażu. Aby uniknąć chropowatej struktury brokatu użyłam 2 warstw top coatu FM Group i 1 warstwę Poshe. 




         Pierwsze dni świąt minęły mi w odcieniach zieleni - królowała ciemna zieleń Holly Day i na to dwie warstwy Winter Holly. Podobnie to połączenie wymagało kilku warstw topu, aby uzyskać gładką powierzchnię płytki paznokci.



           


          Jakie kolory królowały na Waszych paznokciach w okresie świątecznym? Które połączenie bardziej do Was przemawia? ;-) 






           Serdecznie pozdrawiam! :*

#250. Wesołych Świąt!

         Kochani, tak jak już pisałam na facebooku chcę Wam w dniu dzisiejszym życzyć dużo zdrówka, szczęścia, miłości, a także Wesołych Świąt spędzonych w gronie najbliższych Wam osób! :) Niech te dni będą wyjątkowe, a także chwilą wytchnienia i odpoczynku. Mam nadzieję, że wszyscy zaraz po świętach wrócimy pełni pozytywnej energii! :) 

źródło obrazka: lovingwallpaper.blogspot.com/2011/12/merry-christmas-banner.html



Wesołych Świąt! :*

#249. Po przedświątecznych pracach czas na coś dla rąk ;-)

         Witajcie ;-) Każdy z nas ma swoje obowiązki przedświąteczne. Może być ich mniej lub więcej, ale zawsze one są. Sprzątanie, gotowanie, pieczenie, ubieranie choinki... W każdej czynności udział biorą dłonie. Co ja robię po takich czynnościach, kiedy widzę, że skóra moich rąk jest wysuszona i wygląda okropnie? Sięgam po peeling Eveline! :)



          Eveline, w moim odczuciu, ma produkty rewelacyjne i beznadziejne, pośrednich nie znam. Ten zalicza się do pierwszej grupy ;-)  
          Peeling zamknięty jest w tubce typowej dla kremów do rąk, o pojemności 75 ml. Opatrzony jest ogromem informacji - stworzony we współpracy z dermatologiem, formuła 8w1, receptura szwajcarska i wiele innych.. Na odwrocie część dalsza tego, co chciał przekazać nam producent. 


    
           W skrócie jest to peeling nawilżający do dłoni, który ma za zadanie skutecznie zwalczać naskórek, niwelować suchość skóry, wygładzać, odżywiać, regenerować, odmładzać, rozjaśniać przebarwienia oraz łagodzić podrażnienia. Ma zawierać witaminy A, E, F, masło shea, olejek ze słodkich migdałów, olejek sojowy, ekstrakty z cytryny, miodu wanilii, kakao, dzikiej róży, lukrecji, aloesu... Generalnie kosmetyk idealny. 
           A jak jest w rzeczywistości? Kiedy przyjrzałam się dokładniej składowi zauważyłam wszystkie wyżej wymienione składniki a ponadto: mocznik, kwas hialuronowy, betainę, zmielone skorupki orzecha włoskiego. Wszystkie dobroczynne składniki są ustawione w składzie niemal jeden po drugim, zaczynając od 6 pozycji. 
          Znalazłam także informację, że produkt nie był testowany na zwierzętach, co bardzo się chwali ;-)
          
      
    
           Po wyciśnięciu peelingu z tubki ukazuje nam się gęsty i treściwy kosmetyk, zawierający niewiele ciemniejszych drobinek peelingujących. Mimo, że nie ma ich zbyt dużo, są na tyle mocne, że nie ma co narzekać na ich ilość. Produkt ma przyjemny, jak dla mnie zupełnie niechemiczny zapach. Użytkowanie jest przyjemne i proste. Idę do łazienki, wyciskam z tubki odpowiednią ilość, zwilżam dłonie i masuję je, jak przy myciu rąk. Po dłuższej chwili spłukuję i cieszę się efektami :) 

          Efektem na pewno są wygładzone i przyjemne w dotyku dłonie. Znika szorstkość, a pojawia się miękkość i nawilżenie. Często po takim zabiegu używam dodatkowo kremu do rąk, jednak nie jest to konieczne, sam peeling naprawdę daje radę. ;-)
          Czy działa tak jak wymienił to producent nie mogę sprawdzić w 100%, ponieważ nie mam przebarwień, czy podrażnień na skórze, ale to, co mogłam sprawdziłam i przyznaję - jest to bardzo dobry produkt, który śmiało mogę Wam polecić! 


           A teraz czas na taki właśnie zabieg po godzinach spędzonych w kuchni ;-) 



          Używacie peelingów do dłoni? Macie swoich ulubieńców? Znacie ten produkt? :))) 




          Serdecznie pozdrawiam! :* 

#248. Brzoskwiniowe love :)

      Witajcie! :) Ja już rozpoczynam wolne świąteczne. Tak bardzo nie mogłam się tego doczekać! :) Mimo że zima i święta za pasem, to ja przychodzę z moim owocowym ulubieńcem ;-) Zapachnie latem? Wiecie o czym mowa? ;-)





       Jeśli jeszcze się nie domyślacie, to.... Jest to balsam od Sorai z serii So Pretty w wersji Sunny Peach ;-) Jak cała seria balsam jest odziany głownie w bladoróżową, słodką i przykuwającą wzrok szatę graficzną. Opakowanie jest smukłe z czarnym zamknięciem na górze, mieści 300 ml produktu. 



        Na odwrocie producent zamieścił podstawowe informacje o balsamie- zadania, składniki aktywne, skład, sposób użycia.. 



        Produkt ma za zadanie ujędrniać, nawilżać i wygładzać skórę. A jak jest w rzeczywistości? ;-) To, jak zawsze, zostawiam na koniec ;)
        Po otwarciu opakowania do mojego noska dochodzi słodki, dość chemiczny, ale niesamowicie przyjemny zapach, przypominający jogurt brzoskwiniowy. Nie jest zbyt intensywny, nie drażni, pozostawia delikatnie wyczuwalną nutę zapachową na skórze. 



         A jak spisuje się w codziennej pielęgnacji suchej skóry? Idealnie! Stosuję go codziennie po kąpieli na lekko wilgotne ciało. Zanim zdążę się ogarnąć, ze swoimi codziennymi wieczornymi czynnościami cienka warstwa zdąży wchłonąć się w skórę. Z grubszą trzeba nieco dłużej poczekać. 
         Zawsze miałam problemy z systematycznym stosowaniem tego typu produktów. Dzięki Sorai zmieniło się to i weszło mi w nawyk. Tym bardziej, że czuję efekty na skórze! Generalnie mam bardzo suchą skórę, która pod wpływem twardej wody dodatkowo zaczyna się łuszczyć. Odkąd zaczęłam regularnie stosować balsam nie zauważyłam takich suchości na ciele, dodatkowo skóra jest nawilżona i wygładzona. Aplikacja tego produktu to czysta przyjemność, przez jego lekką konsystencję ;-)

         Po raz pierwszy tak zachwycił mnie jakikolwiek produkt do pielęgnacji mojej skóry i jestem pewna, że będę do tych balsamów często wracać ;-) Żałuję, że ta wersja zaczyna sięgać już dna. 



          A Wy lubicie balsamy od Sorai? Miałyście styczność z tym balsamem? ;-) A może macie równie świetnych ulubieńców godnych polecenia? ;-)




          Pozdrawiam! :*

#247. Odżywka do włosów z rozmarynem i czarną porzeczką

                Witajcie! Dzisiaj przybywam z włosowym postem ;) A dokładniej z recenzją kolejnego produktu pochodzącego z mojej współpracy z Anią z bloga kosmetyczny biznes. Jest odżywka do włosów cienkich z rozmarynem i czarną porzeczką Oriflame z serii Nature Secrets ;)
                Z produktami do włosów tej firmy nigdy jeszcze nie miałam do czynienia, dlatego bardzo chętnie zabrałam się za testowanie tej odżywki. 




                Odżywka zamknięta jest w przezroczystym opakowaniu o pojemności 250 ml. Oprawa graficzna jest dość skromna – buteleczkę zdobi sam kolor odżywki, kolorowa zatyczka, oraz kolorowe naklejki z informacjami od producenta.
                Wydobycie produktu nie stanowi problemu, dzięki wyprofilowanemu zamknięciu oraz stojącej na nim butelce.




                Różowo-fioletowy kolor odżywki jest specyficzny, z takim jeszcze się nie spotkałam. Ma przyjemny zapach, w którym można wyczuć zarówno nutę owocową, jak i ziołową. Bardzo przyjemna opcja na aromatyczny prysznic ;-)



                W składzie ekstrakt z czarnej porzeczki i olejek z rozmarynu znajdują się na samym końcu. Na plus działa brak silikonów, których wypatrywałam bardzo dokładnie ;))



                A jak efekty? Liczyłam na wygładzenie, puszystość i miękkość włosów. Ogromna była moja radość, kiedy po umyciu poczułam, że włosy mają potencjał na niesamowitą miękkość. Moje rozczarowanie było tym większe, kiedy okazało się, że włosy są po prostu szorstkie i lekko spuszone. Co mycie historia się powtarzała, myślałam, że coś mi tu nie gra, ale… Wpadłam na pomysł. Postanowiłam dać jej jeszcze jedną szansę i przedłużyć czas stosowania – producent informuje o 3 minutach, ja ten czas przedłużyłam 10x.
                Po około 30 minutach spłukałam odżywkę i nie licząc na cuda dałam im wyschnąć. Okazało się że to był strzał w dziesiątkę! Włosy były miękkie, nawilżone, puszyste, ale w końcu nie spuszone. Teraz odżywka stoi w łazience do stosowania jako maseczka, gdzie spisuje się o wiele lepiej ;)


Odżywki z serii Nature Secrets możecie dostać w cenie promocyjnej około 9-10 zł, zamawiając u konsultantek Oriflame. A jeśli jesteście zainteresowani zakupem w niższej cenie niż katalogowa, możecie także zarejestrować się do klubu Oriflame TUTAJ.




 Fakt, że produkt otrzymałam w ramach współpracy nie wpłynął na moją ocenę produktu.





                Miałyście kiedykolwiek do czynienia z tymi odżywkami do czynienia? Może jakąś konkretną wersję mogłybyście mi polecić? Jakie są Wasze ulubione odżywki do włosów? :)

#246. Snow Dust...

         Dziś obiecany na facebooku post, chociaż dość nietypowo - wieczorową porą. :) A dotyczyć będzie piaskowego lakieru do paznokci firmy Lovely



        Od kiedy tylko go zobaczyłam, wiedziałam że musi być mój! Jest to chłodne złotko z dodatkiem grubszego brokatu w tym samym kolorze. 
        Buteleczka jest dość charakterystyczna dla lakierów Lovely, która mieści 8 ml emalii. Po odkręceniu ukazuje się nam  nieco grubszy pędzelek - bardzo wygodny! 

         Nie mam zamiaru prowadzić wywodów na jego temat - dziś krótko i na temat. Osobiście lubię lakiery piaskowe, ale uważałam, że dwa kolory mi wystarczą w 100%. Dopiero teraz mam chrapkę na więcej. Jednak to, co uzyskałam z tym lakierem totalnie mnie zachwyciło. 

         Przygotowana byłam na użycie co najmniej 2-3 warstw, podobnie jak w przypadku bladoróżowego lakieru Golden Rose. Pełne krycie otrzymałam już po 1 warstwie! Kolejnym zaskoczeniem był czas wysychania - jak dla mnie był to moment. Już po krótkiej chwili uzyskałam nierówności charakterystyczne dla tego typu lakierów, natomiast po 2 minutach mogłam się bez problemu dotknąć paznokcia bez naruszenia faktury! 
         Paznokcie nosiły się rewelacyjnie, w dodatku po około 3-4 dniach pojawiły się starte końcówki. Lakier mógł się nosić jeszcze dłużej, jednak miałam chęć na zmianę koloru ;-) Czwartego dnia były zrobione poniższe zdjęcia:





        Przyznam szczerze, że ten lakier to ogromne zaskoczenie, i od pierwszego użycia jest moim ulubieńcem! :) 
     
        Lakier dostaniecie w każdym Rossmannie w cenie 8,99 zł




        Jak Wam się podoba efekt? Też jesteście zachwycone jak ja? A może nadal są tu jakieś przeciwniczki lakierów piaskowych? ;-))





        Serdecznie pozdrawiam! :*

#245. Handcare z parafiną?

                Po krótkiej przerwie wracam! Niestety ostatnie dwa dni przespałam z gorączką, przez co totalnie nie miałam sił na zrobienie zdjęć czy wrzucenie czegoś na bloga. Dzisiaj już czuję się lepiej i pędzę z recenzją kremu ochronnego 2 w 1 do pielęgnacji rąk i paznokci od Oriflame
                Przyznam szczerze, że jeszcze ani razu nie spotkałam się z tym produktem, a że uwielbiam kremy do rąk, wielka była moja radość, że będę mogła przetestować i ten.



                Produkt zamknięty jest w matowej kolorowej tubce o pojemności 100 ml z motywem dłoni w tle. ;) Na odwrocie znajdują się informacje od producenta, jednak nie mogę dopatrzeć się tekstu w języku polskim. Natomiast taką informację: ,, Nawilża dłonie i utrzymuje właściwy poziom wilgoci nawet przez 24 godziny. Filtry UV chronią skórę i paznokcie przed szkodliwym wpływem środowiska, olejek ze słodkich migdałów wygładza i zmiękcza. znalazłam na stronie Oriflame.
                Dodatkowym plusem jest stojąca na zamknięciu tubka, oraz solidne zamknięcie, które nie otwiera się samo w torebce ;-)

                W składzie znajdziemy olejek ze słodkich migdałów, jak zapewniał nas producent, znajdziemy także glicerynę. Filtrów UV się nie dopatrzyłam, chyba że ukryły się pod jakąś nieznajomą mi nazwą ;-)
                Niestety w składzie znajdziemy też parafinę, której staram się unikać, ale starałam się wymazać ze świadomości że tam jest.




                Produkt  po wyciśnięciu z tubki okazuje się być białym, przyjemnie pachnącym i bardzo lekkim kremem. Trzeba bardzo uważać, bo krem przez swoją lekką formułę potrafi spłynąć z dłoni, co możecie zauważyć na zdjęciu poniżej:




Niewielka ilość kremu wystarczy na posmarowanie obu dłoni. Produkt wchłania się bardzo szybko, nie pozostawia na skórze tłustego filmu, a dłonie pozostawia nawilżone i pachnące.

                Jedyny minus, to parafina w składzie, przez którą powtórzyła się historia sprzed około roku… Kiedy odstawiam taki krem na dzień lub dwa, moja skóra dłoni wygląda na okropnie wysuszoną, jeszcze bardziej niż bez zastosowania jakiegokolwiek kremu przez długi czas. Moje dłonie nie przepadają za nią.
Obecnie, używam kremu tylko przy okazji wyjść z domu – chroni je przed zimnem i wiatrem. W tej roli spisuje się o wiele lepiej, niż w nawilżaniu. ;-)

Uważam że jest to niezła opcja na ochronę przed niekorzystnymi warunkami panującymi na zewnątrz, a jeśli wasze dłonie tolerują parafinę, śmiało można go wypróbować. :) Dostaniecie go u konsultantek Oriflame.
Jeśli jesteście zainteresowani zakupem w niższej cenie niż katalogowa, możecie także zarejestrować się do klubu Oriflame TUTAJ.

 Produkt ten otrzymałam w ramach współpracy z Anią z bloga kosmetyczny biznes, fakt ten nie wpłynął na moją ocenę produktu.







   Jak Wasze dłonie reagują na parafinę? Może nie przeszkadza Wam, lub tak jak u mnie wpływa niekorzystnie na stan skóry? Spotkałyście się z tym kremem? A może macie swoich niezastąpionych ulubieńców? ;-) 




   Pozdrawiam gorąco! :*

#244. Joanna, Żel pod prysznic z aloesem i limonką

Mówią, że dopiero w wigilię zwierzęta zaczynają mówić ludzkim głosem, u nas jednak wigilia nastała wcześniej i w ramach przedświątecznego prezentu pojawiam się tutaj z recenzją żelu pod prysznic firmy Joanna z serii Naturia.



Zaczynamy! Na sam początek chcę odnieść się do opakowania tego produktu. Jako człowiek, który o kosmetykach wie tyle samo co o wpływie zorzy polarnej na rozmnażanie się pingwinów, denerwuje mnie jedna rzecz. Mianowicie, nie ważne czy to szampon, odżywka do włosów czy żel pod prysznic, pakują to wszystko w identyczne pudełeczka. Nawet szata graficzna jest taka sama! I co ja biedny mam począć? Stoję pod prysznicem, woda leje się na głowę, stoi dziesięć takich samych buteleczek, a ja mrużąc oczy (bo średnio widzę) z lupą w ręce szukam właściwej, żeby przypadkiem nie wykąpać się w odżywce, bo nawet po kolorze nie idzie tego ogarnąć… No gdzie sens i logika? To tak tytułem wstępu.
Jeżeli idzie o sam specyfik, był on całkiem przyjemny. Producent twierdzi, że jest on typu „unisex” z czym całkowicie się zgodzę, bo wcale jak kobieta nie pachniałem. Dało się wyczuć wyraźnie zapachy, które wyczuwalne być powinny, czyli limonka i aloes. Oczyszczająco działa bardzo dobrze, szczerze mówiąc nawet z usunięciem oleju silnikowego spod paznokci nie miał problemów, co pozytywnie mnie zaskoczyło. Nawilża dobrze, po kąpieli skóra jest miękka, nie przypomina papieru ściernego czy czegoś w tym stylu. Jedna rzecz jest troszkę słaba w tym produkcie, mianowicie jego wydajność. Skończył się bardzo szybko, bo żeby uzyskać jego skuteczność trzeba używać go w dużych ilościach.
Podsumowując, z produktu jestem zadowolony, chciałbym jednak żeby firma pokusiła się o jakiś nowy pomysł graficzny na opakowanie tego specyfiku.
                                                                                              

Pozdrawiam ciepło z zasypanego śniegiem Lublina :)
                                                                                                                             Krzysiek.




PS. Czy ktokolwiek jest mi w stanie wytłumaczyć co znaczy słowo „energizujący” które znalazłem na etykiecie żelu? Totalnie nie wiem o co z tym chodzi, więc nie mogę się wypowiedzieć czy taki właśnie on jest ;)
                

#243. Soraya, So Pretty! BB Krem.

          Od dłuższego czasu, po wypróbowaniu próbek kremu BB Garniera, unikałam jak ognia wszelkich drogeryjnych produktów tego typu. Nie można mnie było przekonać, żadne argumenty do mnie nie trafiały. :) Aż pewnego pięknego dnia, na spotkaniu blogerek w Zamościu, przyjechała do Nas Pani Dagna i obdarowała każdą kosmetykami z serii So Pretty! Oczywiście nie mogło zabraknąć kremu BB. :) Moja mina była nietęga, ale stwierdziłam, że spróbuję i najwyżej utwierdzę się w przekonaniu, żeby unikać i tego kosmetyku.



           Krem BB, podobnie jak cała seria jest opatrzony uroczą, dziewczęcą grafiką. Róż, serduszka, kokardki... :) Przyznam, że mimo niezbyt przepadam za kolorem różowym, tak zawsze produkty So Pretty! przykuwały mój wzrok i wywoływały uśmiech na twarzy. 
          Tubka mieści 50 ml kremu, który zawiera filtr SPF 10 i przystosowany jest to każdego typu cery. Na odwrocie opakowania producent zamieścił wszystkie najważniejsze informacje, które brzmią niesamowicie kusząco :) 



           Bardzo spodobało mi się stwierdzenie na odwrocie tubki: ,,Teraz na pewno uśmiechniesz się patrząc w lustro. BB KREM zadba o wygląd Twojej cery". Kiedy pierwszy raz to przeczytałam pomyślałam z ironią, że o tym się jeszcze przekonamy. 



           Producent zapewnia nas także o formule 10 w 1, dzięki czemu krem ma zapewnić naszej cerze nawilżenie, wygładzenie, ochronę przed UV, matowość, poprawę kolorytu, ukrycie niedoskonałości, pielęgnacyjny komfort, perfekcyjny wygląd, naturalność i promienność. Ciężko było mi uwierzyć w to wszystko, ale.... jeśli czytacie mnie na bieżąco, to wiecie, że ten krem znalazł się w ulubieńcach listopada. ;-)

          Dla dociekliwych, zanim wspomnę o działaniu i efektach, podrzucam skład produktu:



           A teraz na pochwały! :) Po odkręceniu tubki, ukazuje nam się mały otworek, przez który wydobywa się krem. Jest idealnej wielkości w stosunku do konsystencji produktu. Kiedy już wyciśniemy odpowiednią ilość produktu widzimy coś, co wygląda jak klasyczny fluid. 


         
           Zapach jest bardzo przyjemny, choć dość chemiczny, za to nienachalny i delikatny. Krem po nałożeniu na twarz wtapia się w nią idealnie. Wchłania się po kilku sekundach od aplikacji. Nie potrzeba stosowania kremu nawilżającego pod BB. Skóra jest faktycznie wygładzona, nawilżona, zmatowiona (!), a jakieś mniejsze niedoskonałości są niemal niewidoczne. Jeśli pojawiają się większe problemy skórne można śmiało nałożyć 2-3 warstwy, wtedy krycie jest o wiele lepsze, a buzia nadal wygląda naturalnie i promiennie! Krem jest bardzo lekki, totalnie nie czuć, że ma się na twarzy jakikolwiek kosmetyk! 

        Jedyne, do czego mogłabym się przyczepić to trwałość, bo po paru godzinach makijaż może wymagać niewielkich poprawek.



        Od siebie - polecam, naprawdę warto! Nie spodziewałam się, że aż tak polubię się z Sorayą! Myślę, że ten BB krem będzie dość często gościł w mojej kosmetyczce, głównie latem. ;-) 

         Żałuję bardzo, że nie mam żadnego zdjęcia tego kremu w akcji, ale obiecuję, że jeszcze takie się pojawią! :)




       Miałyście z nim do czynienia? Lubicie kremy BB? Czy może boicie się, że drogeryjne produkty Was zawiodą? ;-)




        Pozdrawiam! :*

#242. Oriflame, Wiśniowy krem uniwersalny

 Kremy uniwersalne Teder Care Oriflame chyba każdy zna lub chociaż o nich słyszał. Po raz pierwszy z klasyczną wersją miałam do czynienia jeszcze jako mała dziewczynka w podstawówce. Moja mama je uwielbiała ;) Do dziś jedno jajeczko zawsze stoi w łazience.

Podczas ostatniej rozmowy dotyczącej współpracy sama mogłam wybrać kosmetyki z katalogu, które chciałabym wypróbować – długo się nie zastanawiałam, ten krem musiałam mieć. Skusiłam się na wersję wiśniową:




Obecnie w ofercie Oriflame dostępne są wersje: klasyczna, wiśniowa, karmelowa, kokosowa, migdałowa, waniliowa oraz czarna porzeczka.

Tekturowe opakowanie mieści czerwone jajeczko o pojemności 15 ml. Aby uzyskać dostęp do jego zawartości musimy odkręcić  górną część i… Otrzymujemy białawy krem (balsam?), przypominający z wyglądu wazelinę. Przy pierwszym użyciu bałam się, że będzie bardzo ciężko wydostać krem, ponieważ wyglądał na twardy i zbity. Szybko moje obawy się rozwiały, kiedy wsadziłam palucha do środka ;)
Krem po kontakcie ze skórą przylega do niej, więc wydobycie produktu i aplikacja na skórze nie sprawia najmniejszego problemu.

Po odkręceniu wieczka wyczuwamy niesamowicie słodki i cudowny zapach wiśni. Po nałożeniu na skórę zapach się ulatnia, przez co nie jest w żaden sposób nachalny, czy męczący.



Po aplikacji na skórę pozostawia ochronną warstwę. Głównie zwracałam uwagę na pielęgnację ust – przy niskich temperaturach są bardzo suche i spierzchnięte, a pieczenie ust to codzienność. Tu krem spisał się rewelacyjnie! Nawilża i chroni na długo. Czuć, że nie znika w ciągu paru minut, a także niweluje uczucie suchości i pieczenia.
Stosuję go także do pielęgnacji suchych skórek wokół paznokci i… Tu też bomba. Nawilża je, chroni i zmiękcza. Często używam go po zmyciu lakieru, wtedy dodatkowo nawilża płytkę paznokcia.
Używam go wielokrotnie każdego dnia a kremu nie ubywa ;) Trzeba przyznać, że jest niesamowicie wydajny ;)

Jak dla mnie jest to świetny i pięknie pachnący gadżet na jesień i zimę ;) Jedynym minusem jest to, że nie można użyć go w każdej sytuacji, zwłaszcza gdy nie mamy możliwości umycia rąk. Kłopotliwe może być także wydobycie produktu u kobiet z długimi paznokciami. Niezbyt higieniczne opakowanie jednak nie jest dla mnie problemem, ponieważ używam go zazwyczaj w domu, a w dodatku jestem straszną gadżeciarą, a takie kolorowe jajeczko to coś wspaniałego i cieszącego moje oko i nos! ;)



Polecam serdecznie jeśli lubicie fajne gadżety, które dobrze nawilżają i chronią skórę. ;) Krem uniwersalny w różnych wersjach zapachowych możecie zamówić u konsultantek Oriflame w cenie promocyjnej 10,90 zł, a jeśli jesteście zainteresowani zakupem w niższej cenie niż katalogowa, możecie także zarejestrować się do klubu Oriflame TUTAJ.

 Produkt ten otrzymałam w ramach współpracy z Anią z bloga kosmetyczny biznes (KLIK), fakt ten nie wpłynął na moją ocenę produktu.






Znacie te kremy uniwersalne? Które wersje zapachowe przypadły(-by) Wam do gustu? ;-) Lubicie takie gadżety? :)




Pozdrawiam! :*

#241. Ulubieni w listopadzie

        Początek grudnia już za nami, a mnie pochłonęła nauka, zaczął się gorący okres na uczelni - kolokwia, zaliczenia, ustalanie egzaminów... Mam nadzieję, że wybaczycie mi znikomą obecność na Waszych blogach! 

        Dziś przychodzę w ramach przerwy w nauce, z ulubieńcami listopada ;) Tych akurat nazbierało się dość sporo ;-) 



         Wśród tej szczęśliwej gromadki znalazły się kosmetyki takie jak:
Żel pod prysznic Dove, Deeply Nourishig - nigdy nie używałam żeli tej marki, a do tego podchodziłam z ogromnym dystansem. Zaskoczyła mnie jego konsystencja mleczka - myje, a kąpiel z jego użyciem jest przyjemnością :) Bez użycia gąbki delikatnie otula skórę, natomiast z nią świetnie się pieni. Dobrze myje, ślicznie pachnie i dobrze myje. Co do nawilżenia - używam w tym celu balsamów. ;-)
Antyperspirant Nivea, Stress Protect - po ostatnich rozczarowaniach z dezodorantami i antyperspirantami znalazłam w końcu coś dobrego! :) Nie chroni przed potem, ale zapewnia uczucie świeżości, oraz nie pozostawia plam na ubraniach.
Bioelixire, Argan Oil Serum - świetne silikonowe serum do włosów, o którym pisałam TUTAJ. (Pod tym linkiem możecie także zgarnąć to serum i kody rabatowe :) )
Sesa Oil - olejek Sesa w wersji egzotycznej, którą zachwycam się od miesiąca ;-) Ostatni post był o pierwszych efektach po miesiącu stosowania tego kosmetyku. W skrócie: fajnie pachnie, przyspiesza porost włosów, nie podrażnia, nie wzmaga przetłuszczania, nawilża skórę głowy.... Same plusy! 
Soraya, So Pretty, BB Krem - to moje największe zaskoczenie. Po porażce z kremem BB Garniera powiedziałam sobie, że nigdy więcej nie tknę tego typu drogeryjnych produktów. Ale otworzyłam, wypróbowałam i... Muszę przyznać że jest szał! :) Nawilża, nie wymaga stosowania innego kremu pod makijaż, jest lekki, trwały, dobrze matuje, chociaż kryje dość przeciętnie. Niedługo planuję recenzję tego cuda! 
Soraya, So Pretty, Balsam do ciała - cudowne brzoskwiniowe nawilżanie od Sorai. Ta seria kosmetyków skradła moje serce! Balsam dobrze nawilża, dość szybko się wchłania, przyjemnie pachnie, a przy tym zapach nie jest nachalny ani męczący, powoli ulatnia się po nałożeniu na skórę.





          Znacie moich ulubieńców? Jak takie zestawienie wygląda u Was? ;-) 





          Pozdrawiam! :***

#240. Olejek Sesa - po miesiącu stosowania ;)

         Dziś parę słów na temat mojego ostatniego miesiąca, który minął pod hasłem: olejowanie skóry głowy. ;-) Na początku niesamowicie ciężko było mi się przestawić na ten sposób pielęgnacji po bardzo długiej przerwie w olejowaniu. Wcześniej było to jedynie mycie i zastosowanie odżywki d/s i b/s. 

         Zaczęłam od olejowania raz w tygodniu na noc, potem było to dwa razy w tygodniu, obecnie jest to niemal co każde mycie, zazwyczaj co drugi dzień ;) A jak stosuję ten kosmetyk? Dokładnie wsmarowuję go opuszkami palców w skórę głowy, a po takim masażu skalpu resztę olejku wcieram we włosy na długości.

         Czy zauważyłam efekty? Owszem. Ale najpierw zdjęcie włosów z poprzedniego miesiąca:



        Włosy na zdjęciu z października są świeżo po umyciu, wywijające się na wszystkie strony, co niestety zaburza dokładną ocenę porostu. Wczoraj włosy specjalnie podprostowałam. Mimo, że na zdjęciach tego aż tak nie widać, to na mokro, po umyciu, zauważyłam znaczną różnicę w długości. 



           Ponadto zauważyłam większy blask, brak obciążenia, brak wzmożonego przetłuszczania się włosów. Co tyczy się wypadania - po pierwszych użyciach po przeczesaniu ich szczotką czy palcami, wyciągałam ogromne ilości włosów, teraz się to unormowało. W porównaniu do połowy października jest już nieco lepiej. 

           Miałam po miesiącu z Sesą zacząć kurację innym preparatem, ale postanowiłam zużyć olejek do końca. ;-)

          W skrócie po pierwszym miesiącu zauważyłam na plus:
+ dużą wydajność olejku
+ szybszy porost włosów
+ po miesiącu nieco nieco mniejsza ilość wypadających włosów
+ brak obciążenia włosów
+ brak przetłuszczania się włosów
+ blask
+ nawilżenie skóry głowy i włosów
+ przyjemny zapach

          Myślę, że mogłabym jeszcze więcej plusów wymienić, dlatego po zakończonej kuracji na pewno pojawi się pełna recenzja tego cuda. ;-)



           Jak na razie z czystym sumieniem polecam, a sama chętnie będę kontynuować kurację przez kolejny miesiąc. ;-)



          Jesteście ciekawi moich dalszych zmagań? :)





          Pozdrawiam! :*

#239. Arganowe serum + NIESPODZIANKA :)

       Witajcie!

       Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją arganowego serum do włosów i... małą niespodzianką dla Was :) Na tapecie dziś Bioelixire Argan Oil Serum:


         


       Serum otrzymujemy w skromnym, białym tekturowym opakowaniu zawierającym wszystkie informacje o produkcie. Sam kosmetyk zamknięty jest w przezroczystej buteleczce o pojemności 20 ml z czarną matową zakrętką. Serum jest koloru bursztynowego, więc wyraźnie widać jego zużycie. 

       Producent zapewnia o działaniu nawilżającym, ochronnym i regeneracyjnym, zapobiega rozdwajaniu końcówek, oraz o zawartości dodatkowych olejków w składzie:



          Skład produktu jest typowo silikonowy, dalej zauważamy zapachy, za nimi olejek arganowy, olej jojoba i dalej - olejek słonecznikowy. 




          Serum jest dość rzadkie koloru bursztynowego, o cudownym zapachu - delikatnym i słodkim. :) Mimo konsystencji czuć, że produkt jest lepki - jak tradycyjne silikonowe kosmetyki do włosów. 
          Po odkręceniu buteleczki ukazuje nam się duży otwór, przez który wydobywa się kosmetyk. Niestety jest to dość uciążliwe przez jego konsystencję. Nie raz w pośpiechu udało mi się wylać zbyt dużą ilość serum. Dobrze, że nadmiar można zlać ponownie do buteleczki. :) Mimo to uważam, że jest to bardzo wydajny produkt - w ciągu 1,5 miesiąca zużyłam 1/3 pojemności. 



          A teraz część najważniejsza... efekty i działanie! Serum nakładałam po każdym myciu na mokre lub wilgotne włosy solo lub w połączeniu z odżywką bez spłukiwania. Za każdym razem włosy były miękkie, wygładzone, z lekkim połyskiem, o który walczyłam bardzo długo! Nie zdarzyło się, żeby włosy były obciążone po nałożeniu zbyt dużej ilości produktu. Czasami serum aplikowałam też na suche włosy, gdy zauważyłam po nocy jakieś nieprzyjemne w dotyku kosmyki. W trakcie stosowania tego serum częściej też sięgałam po prostownicę - tu także wielkie zaskoczenie. Zauważyłam o wiele mniej zniszczeń i rozdwojonych kocówek niż przy rzadszym prostowaniu i stosowaniu produktów ,,termoochronnych''.

          Przyznam szczerze, że nie spodziewałam się, że arganowe serum do włosów okaże się tak dobrym kosmetykiem. Już wiem, że pozostanę mu wierna, a pozostałe produkty pseudo-zabezpieczające pójdą w zapomnienie! :) Jest to tani, wydajny, pięknie pachnący kosmetyk, o świetnym działaniu! :) Obecnie jego cena w sklepie internetowym Ambasada Piękna wynosi 5,99 zł! 
          Jedynym minusem dla mnie jest zbyt duży otwór, przez który zdarza się wylać zbyt dużą ilość kosmetyku, poza tym jest to mój ideał! :)



Fakt, że dostałam kosmetyk w ramach współpracy nie wpłynął na moją opinię.






           Ode mnie same ochy i achy, więc teraz czas na coś dla Was! :) KONKURS, w którym wygrywa aż 5 osób! 



           Do wygrania jest: 1x Bioelixire Argan Oil Serum 50 ml, 1x Bioelixire Argan Oil Serum 20 ml, 3x kody rabatowe -20% na zakupy w sklepie Ambasada Piękna, w którym znajdziecie ogrom kosmetyków (i nie tylko!) marek takich jak: CHI, czy Biosilk. 

           Aby móc zawalczyć o nagrody musicie być publicznym obserwatorem mojego bloga, polubić Jedwabe Kosmetyki na facebooku, oraz odpowiedzieć na pytanie - Jakie są według Was najciekawsze zastosowania olejku arganowego w pielęgnacji? 

           Żeby zwiększyć swoje szanse możecie dodatkowo polubić moją stronę na facebooku KLIK (+1), oraz udostępnić informację o konkursie (+1) pełna dowolność czy będzie to facebook, twitter, baner w pasku bocznym, informacja w poście.. 

          Osoby, które prowadzą blogi na potrzeby konkursów, nie będą brane pod uwagę! Tu drobna uwaga: jeśli nie masz bloga - nic straconego, wystarczy być aktywnym w internetowo-kosmetycznym życiu :)



          Poniżej mam gotowy wzór zgłoszenia dla Was:

Obserwuję bloga jako:
e-mail:
Lubię Jedwabne Kosmetyki na facebooku jako: (imię + pierwsza litera nazwiska)
Odpowiedź na pytanie:
Lubię Kosmetyczne Rewolucje na facebooku jako: TAK/NIE (imię + pierwsza litera nazwiska)
Udostępniłam informację o konkursie: TAK/NIE (link)




             Jeśli nie będzie zbyt wielu chętnych wyłonię 2 zwycięzców, którzy zgarną serum i kod rabatowy, oraz jedną osobę, która wygra -20% na zakupy w Ambasadzie. 




            Zgłaszać możecie się do 13 grudnia do godziny 23:59! 


           Powodzenia!